|
Piosenki relatywistyczne
I
Nic się w końcu nie stało, to zwykła zmiana miejsca; może tylko na obiad trochę mało tu mięsa. Poza tym, tak jak wszędzie: dzień dłuższy, noc się zmniejsza.
Nic się w końcu nie stało, to tylko zmowa czasu z przestrzenią. Szczerze mówiąc, tak rozkosznych wywczasów zazdrościć mógłby nawet prezydent Hondurasu.
Nic się nie stało, mówię; choć płaszczyzna istnienia stąd-dotąd oraz od-do zawęża kąt widzenia. Taka optyka stwarza przeróżne przywidzenia.
Że to co jest zakrzywia czas i przestrzeń – idea to już niemal stuletnia; trudno dziwić się teraz, że i dusza swą masą także na nie napiera.
Nic się przecież nie stało; dopóki przeszłość myślą jak cięciwę napinasz, wszystko OK. Rymy ślą oddziaływania swoje: góra staje się myszką.
Góra w mysz się zamienia, problem w zwykłą błahostkę. Lecz te oddziaływania mają też i odwrotne skutki: to, co powolne ma prędkości zawrotne.
Gdy przestrzeń w punkt się zbiega (nie wiem, czy to paradoks), czas przed oczyma kroczy gęstniejącą paradą dni, tygodni, miesięcy. Chętnie posłużę radą
pierwszoroczniakom: musisz stały punkt znaleźć w sobie, zwinąć się wokół w kłębek, potem puścić go w obieg - niech się beztrosko toczy po niedostępnym globie.
Tak więc – wszystko w porządku. To, co rządzi tu nami jest pod naszą kontrolą. Jak tajlandzkie tsunami, wypiętrzamy się myślą nad kretynów tłumami.
II
Okno, krata, drzwi, łóżko. Metrów sześć kwadratowych. Stół, taboret, poduszkę przycisnąwszy do głowy
tłumię dźwięki wszechświata spływające tu tłumnie. Sąsiad z góry wariata struga dość niepotulnie.
Szafka, w szafce jedzenie. Półka na telewizor. Na niej książki. Twierdzenie, że najlepszy jest lizol
dawno tu się przyjęło: lepszy lizol, niż szczyny. Głośnik, choć nie stereo. Nie wiem z jakiej przyczyny
wciąż w nim to disco-polo, to znów niemieckie techno. Mafia tu nie Coppolą się zachwyca, lecz techno-
logicznym kiczem. Kto wie, czy z tego nie wynika głęboka prawda? Ja nie. Mnie ona się wymyka.
III
„Co u ciebie?” „W porządku.” „Jak zwierzaki?” „OK” „Masz na życie?” „Do piątku. List dostałam od tej
lafiryndy.” „Oj, przestań.” „Ja mam przestać? Ta zdzira...” „Patrz, kolejka ci przeszła.” „...pisze, że tutaj była.”
„Bzdura, możesz to sprawdzić.” „Sprawdzę, już ty się nie bój.” „Tyle do ciebie spraw dziś...” „Wiesz, wyglądasz jak niechluj.”
„...mam a ty o pierdołach.” „Dobra, no to poważnie: jeśli tego nie zdołasz...” „Kurwa, czego ten strażnik
tak się na ciebie gapi?” "...udowodnić, że ona...” „Ty znów o tym? Powagi! A ty czego? To żona.”
„...nie przyłazi do ciebie, to ja wnoszę o rozwód.” „Chyba całkiem cię jebie?!” „To jest kolejny powód:
jak się do mnie odzywasz. Mam już wszystkiego dosyć.” „Co ty? Przestań! No wybacz, ja tak tylko... Chcę dożyć
z tobą późnej starości. Przecież wiesz...” „Już nic nie wiem.” „...że cię kocham.” „Na złość ci chciałam...” KOŃCZYĆ WIDZENIE!
IV
Gdy z pudełka po mleku do ciasteczek foremkę robię, tnę do krwi palce (kładziesz na mnie swą rękę). „Serce pękło na dwoje Jak skamieniała stoję”
Gdy ceruję skarpetkę, nicią w igłę nie trafiam (błyska czerń twoich oczu), jak ostatni patafian. „Czy myślisz czasem o mnie? Szlocham tak nieprzytomnie”
Nasłuchuję pod drzwiami, czy roznoszą już obiad (ciemny kosmyk za uchem) – chorobliwy to objaw. „Zmilkła szczęścia piosenka Kiedyż skończy się męka?”
Kiedy kąpię się w misce i zalewam pół celi (twoje piersi jak gwiazdy), to klną nawet anieli. „Moje ciało płonęło Czemuż to przeminęło?”
Gdy tak żyję na bakier z czasem oraz przestrzenią (niewyraźny twój kontur) – słowa cel swój przestrzelą. „Co dzień lżejsza się robię Zapominam o tobie.”
V
Ścieżka z betonu. Metalowe ławki. Pośrodku trochę rachitycznej trawy. Mury, zasieki, wieżyczka strażnicza. Tutaj doświadczam darmo danej łaski spaceru (czy może raczej wyprawy krzyżowej przeciw temu, kto odlicza sześćdziesiąt zawsze prawoskrętnych minut?) Więc w lewo! W lewo! W ten sposób duch buntu swym każdym krokiem krzyczy „Nie chodzimy niczym w zegarku!” Nie potrzeba mi nut by grać na nosie strażnikowi. Z gruntu zły. Ot, złodziej, bandyta, niegodziwy typ, którego trzeba w dyby godzin skuć (lewica – spacer, widzenie – prawica) Reszta to cisza. Czas zakrzepły w przestrzeń. Jest jak być powinno? Kto jest godzien snuć tę nić nicości? Co nas ogranicza, tkających sukno? I kiedy się przetrze?
VI
T-shirt, koszula, sweter, bluza, dwie pary skarpet. Kwiecień. Tu za ranne przymrozki i wieczory chłodne nikt płacić nie jest skory.
Ziąb, choć maj prawie. Cieplej było w styczniu i lutym. W marcu. Bydło, dziś, w czasach europejskich dopłat, mieszka przytulniej. Cóż, na pokład
sam przecież się zamustrowałem; nie chciałbym się okazać wałem: marudzić, gdy nie prosił nikt. Volenti, wszak, iniuria non fit.
Więc owinięty w koca kokon, tęskniąc za ciepłem pulchnych kokot, wysnuwam z siebie nić jedwabną. Jedwabie – słyszę – damy wabią.
Choć ktoś z kolei mógłby wnioski snuć z powyższego, że ja nioski poezji swojej chcę dać postać: jedyny cel, to jajko dostać.
Ba, prawdopodobne nader, że nie zwykłe jajko, lecz Fabergé. Na to odpowiem ja najprościej: wiersza mojego niech mnie oścień
broni przede mną i przed wami. Dłonie kostnieją, więc z przerwami, chuchając w lodowatą próżnię, spisuję prawdę znaną. Prócz niej
też to, co nie mną, ale ze mnie. Dopóki przestrzeń się nie zemnie, w galaktyk żarnach czas nie zetrze; dopóki mól wyżera w swetrze
dziurę i daje znać tym samym, że świat istnieje i tożsamy jest z tym z przedwczoraj, sprzed miesiąca; dopóki czaszka łysiejąca
świeci nad kartką jak księżyca gęstego światła pełna misa; dopóki trwa ten świat tak wiernie przy mnie, niechaj trwa i we mnie
i na kart białych prześcieradła ciało swe utrudzone składa. Niechże się w mym notesie mości jak chce. Powiem mu krótko: „Mości
Panie, znaj oddanego sługę, co długopisem swym jak pługiem orze linijek skiby liczne, litery siejąc. A więc licz mnie
w swych rabów poczet.” Zimno. Kwiecień. Koc, notes, stół, długopis. Mknie cień po karcie, jak typek z półświatka. Póki nie zgasi strażnik światła.
claudio-lapidario 2011-02-18 19:16:35 skomentuj (5) Rok z kawałkiem
Stań pod bramą i spróbuj odgadnąć z której strony
jest świat za murem. Właśnie. Brzeg wysoki i stromy.
Fale czasu weń biją. A czas jest niestrudzony.
*
Tutaj, gdzie na śniadanie codziennie zupa mleczna;
tutaj gdzie nie na konia mówią chabeta, lecz na
zwyczajny sznurek, linkę: język trzymany w kleszczach.
Dzień tu nie słońca biegiem odmierza się, lecz dzwonkiem.
Kolacja: kromka chleba przykryta śledzia dzwonkiem.
Tu gwiazdor to oficer, a nie staruszek z workiem.
Czas tu zadyszkę łapie. Przestrzeń dostaje skurczy.
Być, to mieć duży wyrok, a więc największy skurczy-
drań się najbardziej liczy, na pozostałych burczy.
*
Tu wychowawca to gość, co jak patefon trzeszczy
„nie wolno, nie wolno, nie...” i nie wiesz, czy do trzech, czy
do dwóch zliczyć potrafi. Mrucząc pod nosem „żesz, ty...”
wracasz do celi, w której łóżko, stół i taboret;
gdzie, kładąc się na damie, król dumnie krzyczy: „Biorę!”
Kiedy cię stąd wywożą, zwą to wdzięcznie taborem.
Tu zimą szron na jajach, a latem pot po tyłku.
Rano spod kocy, niczym na gotyckim portyku,
ciała powstają z martwych. Więc na nie nie pokrzykuj.
*
Tu łaźnia raz w tygodniu trwa siedem długich minut.
Tu dziewczę nie zawita i nie umyje mi nóg.
Tu mało kto odpowie – jest, czy nie rybą minóg.
Tutaj, gdzie raczej nie czczą Muz, Apollinów, Minerw,
choć staram się miarkować, dość często puszcza mi nerw.
Tu, gdy otwieram usta, drżę jak w podkopie miner.
Tutaj się nie opłaca stroić niewinnych minek.
Funkcjonariuszkom nikt tu raczej nie robi minet.
Szkoda to niewątpliwa - wszystkim byłoby milej.
*
Tutaj betonu smutek radość spaceru kradnie.
Tutaj, gdy patrzysz w okno, wzrokiem szlifujesz krat nie
ciemnych chmur stal nierdzewną. Tu składasz nieporadnie
sylaby w słowa, słowa w powykrzywiane zdania,
ucząc się ich na pamięć: egzamin masz do zdania.
Tutaj litraż to obiad składający się z dania
jednego: zupy z wkładką. Tu słońce świeci rzadko.
Tu goryczy istnienia nie spłuczesz oranżadką.
Nikt ci przed snem do ucha nie szepnie „Moja żabko”.
*
Tutaj, gdzie każdy lekarz wybitnego diagnostę
struga: starczy mu spojrzeć, by bez pudła jednostkę
chorobową określić. Nie ma co mówić – postęp.
Tu śmierć od kul tematem conocnych opowieści.
Tutaj niejeden twardziel blednie i oko wieści,
że krew odbiegła z myślą „A może się powiesić?”
Lecz rzadko kto się wiesza. Bo jakoś nie wypada.
Ktoś musiałby odcinać, posprzątać, wołać gada.
Zeznawać, że nic nie wie. Podpisywać. Żenada.
*
Tutaj, gdzie nikt nie czyta T. Manna ani Prousta,
czas głucho dźwięczy, tocząc się jak blaszana puszka.
Przestrzeń spogląda tępo, a jej źrenica pusta.
Brzęk klucza o podłogę niesie tutaj nadzieję.
Kiedy chcesz ruszyć w drogę, zawsze tu się nadziejesz
na drzwi zaryglowane. Konfidenta. Na dzieje
ucieczek starczy kwadrans: niezbyt długa ich lista.
Nikt tu słuchać nie zechce Haendla, Bacha, ni Lista.
Droga myśli nie prosta jest tutaj, lecz kolista.
*
Trafiłem tutaj stamtąd. Ze świata za murami.
(Znowu ten relatywizm). Jak owad zanurzany
w ożywcze soki czasu, nie zastygłem. Z muzami
starałem się być blisko, by mogły mi podszepnąć,
czy w tej podróży w przestrzeń odrzucić niepotrzebną
cząstkę samego siebie? Zagrać na czas? Pot strzepnąć
z koniuszka nosa i zejść do szatni pokonanym?
Zbyt często w swej wielkości nadzieję pokładamy.
Zbyt szczodrze szafujemy nadziei pokładami.
*
Trafiłem tutaj stamtąd. I teraz mnie tam nie ma.
Nikomu mnie nie braknie. Niczyja rozpacz niema
nie gasi gwiazd, co nadal błyszczą pod stropem nieba.
Nie ma mnie tam. To dziwne. Nieobecności pełnej
przerabiam kurs skrócony. Czułbym się chyba pewniej
w kondukcie za swą trumną, nucąc pod nosem: „Piękniej
mi życie moje; piękniej mój zakazany świecie.”
Dopóki głowy nie dasz pod topór, jesteś święcie
przekonany, że z tobą i świat idzie na ścięcie.
*
Głowa spada. Się toczy. Za nią toczy się życie.
Gwiazda spada i toczy za nią wzrokiem marzyciel.
Księżyc świeci. Świerszcz cyka. Parka tarza się w życie.
Żona z gachem w hotelu. Z dziwką mąż w samochodzie.
Ksiądz z pomocą domową – niechcący, mimochodem.
Dyrektor z sekretarką. Ot, słowem – świat na chodzie.
Świat na chodzie. Ja poza. Sprawdzam jego granice.
Opukuję ołówkiem, piórem skrobię. Na nice
wywracam, pruję, spinam. Sprawdzam każdą stronicę.
*
Każdą stronicę sprawdzam. Dopisuję. Wykreślam.
Nocą, w gwiazd bladym świetle, mapę nieba wykreślam.
Coraz trudniej jest jednak mądrość z siebie wykrzesać.
Pleśnieje mózgu hubka. Serca krzesiwo pęka.
W krzyżu strzyka, wzrok słabnie, coraz mniej pewna ręka.
A i nóg naprzemienna praca już nie tak prędka.
Jeden język, on tylko nadal zwinny i giętki.
Jemu można zawierzyć. Poddać się. Żadne gierki
w grę nie wchodzą. Jest Mowa: ni chińszczyzny, ni greki.
*
Nieś mnie łódko z papieru, kieruj nią pióra sterze.
Jaki port jest przed nami? I kto wejścia doń strzeże?
Głucha noc. Gwiazd latarnie. Płyń po ciemnych wód sferze.
claudio-lapidario 2011-02-16 19:08:16 skomentuj (2) Leżę, młynka kręcę... claudio-lapidario 2011-02-11 19:17:34 skomentuj (1) "Limeryk, w którym autor w przewrotny sposób użala się nad sobą" Raz wolooka piękność z Poznania dojrzała do z mężem rostania odwróciła się pupą i choć było mu głupio to nie warto żałować dziś drania claudio-lapidario 2009-05-15 22:46:29 skomentuj (0) Wyspa bezludna Zeglując przez rok przy nieprzyjaznych wiatrach, dodarłem tu, gdzie szczytem marzeń Nembutal. claudio-lapidario 2008-12-02 10:55:22 skomentuj (3) Prawicowiec, profesor prawa, prezydent Lech Kaczyński na konferencji prasowej zwołanej w związku z publikacją raportu o likwidacji WSI stwierdził, że w czerwcu 1992 roku dokonano LEGALNEGO zamachu stanu. claudio-lapidario 2007-02-19 18:58:59 skomentuj (5) W 60 rocznicę urodzin, z wdzięcznością W świat wielkiej poezji wkraczałem przez drzwi opatrzone plakietką, na której widniało nie jego nazwisko. W mojej prywatnej lidze nie wybiegałby w pierwszej piątce (choć jego "Pierwsza piątka" to wiersz wybitny). Ale to on swoim tekstem o G.M. Hopkinsie i tłumaczeniami jego wierszy, przeczytanymi w którymś z numerów „Poezji”, po raz pierwszy ukazał mi czym poezja jest w swej istocie. To jego „Krótki lecz maksymalistyczny manifest translatologiczny” i zawarta w nim teoria dominanty semantycznej kazały szukać nie chwilowych wzruszeń i metafizycznych dreszczy, ale struktury. To wreszcie jego „Ocalone w tłumaczeniu” pokazało całe bogactwo poetyckich form. W moim życiu prawdziwa poetycka podróż zaczęła się w firmie „Barańczak”. Barańczakowe tłumaczenia Larkina, Brodskiego, Szekspira od lat walają się obok łóżka. Jego „Fioletowa krowa” niezmiennie wyciska łzy śmiechu i ćwiczy mięśnie brzucha. Jego „Madrygał probabilistyczny” pozostaje wzorem poezji miłosnej. To on ustawił słuch, wystukuje rytm. claudio-lapidario 2006-11-13 15:08:41 skomentuj (7) |
||||
|